Dziecięctwo myślowe
czyli przemyślenia...
Witaj, ostatnio uknułam nowe powiedzenie: "dzieciectwo myslowe" - no nie żebym je sama wymyśliła , ale je adoptowałam od faceta, który opisywał jak sie czuje jadąc rowerem.
Jest to stan powrotu mózgu do marzeń. No bo jak opisać stan, w którym zaczynasz marzyć jak dziecko: o odkrywaniu skarbów, o przygodach, o nowych lądach.
Tak wiec...
..."ogarnął nas stan dziecięctwa myślowego".
Ale od poczatku...
...po ciezkim roku przeprowadzki i remontów, we wrześniu wyjechalismy z grupą do Chorwacji. Wylądowaliśmy na Hvarze, w domku nad piekną zatoką otoczonym drzewami limonki, pomarańczy i granatów. Z plaży do domku prowadziły schody , a właściwie niekończące się schodowisko. Trzeba bylo niezłej logistyki, aby rano zabrać wszystko i nie gramolić się po tych schodach więcej niż dwa razy dziennie! Wrzesień na Hvarze to pobyt w raju za życia. Tłumy goszczące tu latem już odjechały do pracy i szkoły, a dla nas zostały puste uliczki, obfitość owoców i słońce. Plan na tydzień to: dwa nurkowania dziennie, opalanie i wieczorny spacer po wąskich uliczkach miasteczka.
Bazę prowadzi Chorwat z żoną. On przypomina wikinga, wielki opalony blondyn ona malutka niezwykle życzliwa istotka. Pierwsze nurkowanie robimy z plaży na tak zwaną rozpływkę, na drugie płyniemy łodzią, to będzie moja pierwsza ścianka w życiu. Własciwie celem byla jaskinia, ale żeby sie do niej dostac trzeba płynąć wzdłuż ściany skalnej i tu właśnie mój mózg doznał silnego dziecięctwa myślowego. Po prawej stronie miałam niekończacą się ścianę, schodzacą nie wiadomo jak głęboko, a po lewej niekończący sie błękit. Sławek prowadził grupę, (ja płynęłam druga) i nagle widzę jak macha rękami - jak ptak!
Zrobiłam to samo... i przez chwilę poczułam się jak orzeł lecący wśród skał. W ten sposób dolecielismy do czarnej dziury w ścianie i zawisłam w przestrzeni zaglądając ciekawie co w tej dziurze zobaczę. Nic, naprawdę nic, ciemno zimno i do domu daleko. Na szczęście, aby wrócić znów lecielismy jak ptaki... I tak nurkowanie na ściankach stało się moją pasją, wróciłam tam jeszcze dwa razy.
Hvar - to przez lata, okupowana przez Wenecjan wyspa. Przybyli tu w 1200 roku i wybudowali misteczka podobne do Wenecji, gdzie ulice czasem mają metr szerokości, i są labiryntem wśród kamieniczek wybudowanych z białego wapienia. Ze ścian zwisają pnącza, które nie wiedzieć jak znalazły sobie miejsce, aby rosnąć. Niektóre domy to wydmuszki - w środku brak jest stropów, stoją jedynie ściany - czekając na kolejnego inwestora, który je przywróci do życia. Kilka lat temu mieliśmy ochotę kupić taki dom i założyć w nim polską bazę, ale było to tuż po wojnie i trochę baliśmy sie Chorwatów .
Zahaczając o jeziora Plitwickie, miejsce jak z bajki, gdzie są dziesiątki wodospadów, szmaragdowa woda, tysiace ryb i innych zwierząt wróciliśmy do Polski.
Niutka, która rownież dojrzała do tego, że to nasze ostatnie lata, kiedy możemy jeszcze zobaczyć świat pod woda, jeździ z nami na prawie wszystkie wyprawy. Dlatego prosto z Chorwacji pojechaliśmy do Grecji, tym razem głównym celem była nauka żeglowania.
Niestety, pogoda była wspaniała, morze jak lustro więc na silniku dopłynęliśmy do Hydry. Aby wyjazd miał sens, natychmiast wpadlismy po butelki do bazy nurkowej, bo "przez przypadek" zabralismy sprzet nurkowy ;-) ... i zostaliśmy złomiarzami. Złomiarze to nurki nurkujący na wrakach. Niestety, Grecy nie pozwalają nurkować na wrakach, które zatonęły przed 45 rokiem, a ja nie lubię świeżych wraków, ale i dla mnie znalazła sie perełka - bo zanurkowaliśmy w mieście zatopionym 2000 tysiace lat temu. To dziwne uczucie, gdy wiesz, że tyle lat temu po tych uliczkach chodzili ludzie. W wielkich dzbanach trzymali zboże, oliwę i wino, a ty "dotykasz" tego i zastanawiasz się kim ci ludzie byli i co czuli.
Grecy dopiero od dwóch lat pozwalają nurkować w swoich wodach i to tylko na świeżych wrakach (zatopionych po 1945 roku), aby zejść na inne stanowiska trzeba mieć pozwolenie ichniego ministerstwa, które jest nie do zdobycia. Nieopodal Hydry leży na ponad 100 metrach Brytanic , brat Tytanica. Anglicy zrobili trzy takie statki. Pierwszym byl Oceanic, ktory ulegl katastrofie na piątym rejsie, potem Tytanic i nastepny Brytanic. Gdy mieli zwodować Brytanica wybuchła I wojna światowa i zmienili jego przeznaczenie na szpital. Statek wpadł na minę w zatoce Sarońskiej i leży tam do dziś. Ciekawą historią jest pech pewnej angielki, była na wszystkich trzech statkach podczas katastrofy i trzy razy sie uratowała. Pech - a może szczęście , trudno to określić.
Na szczęście na Hydrze poznaliśmy Costatasa, który ma tam baze i od slowa do slowa okazalo sie, że ma pozwolenia na nurkowanie na Brytanicu. Oczywiście Niutka pierwsza złomiara w tym towarzystwie i mój Sławek, od razu umówili sie na przyszły rok.
Gdy masz do czynienia ze złomiarzami trudno jest namówic ich do zobaczenia czegoś na lądzie, ale udało mi się i grzecznie na skuterkach zwiedzaliśmy stare teatry, miasta, oczywiście Akropol - dlaczego na skuterkach? bo to była jedyna forma jaką zaakceptowali. Ja bym wolała wypożyczyc samochód a nie skuterki. Jadąc spokojnie obserwować okolicę, a nie uważac aby ktoś nie zrobił ze mnie dawcy narządow. Ale nie miałam wyjścia...
Po powrocie z Grecji 2 tygodnie odpoczynku w pracy na miejscu i czekało nas safari w Egipcie. Prowadzilismy grupe 30 osób. Anka jako swieżo upieczony Divemaster jechała z nami do pracy. Aby mogła wydolić finansowo na wszystkie wyjazdy, Slawek zaproponował, że poprowadzi nurkowania z drugim Divemasterem - Waldkiem na drugiej lodzi.
Tym razem 4 nurkowania dziennie, ale świetnie sobie poradziła. Choć czasem wieczorem bylam pełna podziwu, że ma jeszcze siłę tańczyć. Prowadzenie grupy pod wodą - to cieżka tyrka, musisz mieć oczy dookoła głowy, pilnować, aby nikt się nie utopił, sprawdzać kierunek, aby nie wypłynać gdzieś daleko w morze, uważać na rekiny.
Nurkowania byly cudne, rafy Świętego Jana są wspaniałe - nie ma słów aby opisać różnorodność życia, formy i kolory. Było wszystko: rafy, podwodne jaskinie, delfiny i rekiny. Cudnie było widzieć szczęśliwe twarze ludzi, którzy nam zufali i pojechali z nami. Nawet spotkania z rekinami jakoś nie wywoływały paniki, choć raz gdy jedna z grup zainteresowała 3 metrowego białopłetwego, dziewczyny wyszły z wody białe jak ściana. Baliśmy się, że nie wejdą na następne nurkowanie - zwłaszcza, że rekin okrążał je pod naszym statkiem gdy miały wychodzić z wody.
Ludzie dokarmiają ze statków ryby i rekiny nauczyły się, że tam może być żarcie - dlatego zwykle je spotykaliśmy pod naszymi statkami. I wbrew pozorom wcale im nie przeszkadzało to, że było głośno i co jakiś czas ktoś lądował w wodzie.
Gdy mieliśmy wracać do Marsa Alam wpadłam na pomysł, że jeszcze możemy zanurkować z plaży z żółwiami, Niutka dotknięta zemstą Faraona - dzielnie stwierdziła " Joluśka idziemy". Reszta odpoczywała na plaży, chyba brak kondycji, a my w maleńkiej 6 osobowej grupie pojechaliśmy oglądać żółwie. To bylo niezwykłe nurkowanie, płytkie bo tylko do 5 metrów - w nocy mieliśmy lot do Polski - i właściwie nie powinniśmy nurkować, ale Niutka i Sławek poszli na nitroksie, a ja na statku ostatniego dnia tylko dwa razy zanurkowałam więc trzymaliśmy się limitów. Żółwie były ogromne jak biurko, chyba ze 20 sztuk - do każdego przyczepione były żółte remory. Żółwie pasły się na zielonej łące, wśród kalmarów i innego zwierza. Tam pierwszy raz zobaczyłam rekiny gitary, takie "coś" pomiędzy rekinem a płaszczką.



