Profesjonalne kursy nurkowania i szkolenia w zakresie specjalizacji
Profesjonalne kursy nurkowania
i szkolenia w zakresie specjalizacji
Kursy ratownicze EFR i DAN
Kursy ratownicze
EFR i DAN
Wyprawy nurkowe
Wyprawy nurkowe
     
 

INTRO (styczeń 2007)

 

To był zupełny przypadek,  że po latach, spotkałam  przyjaciółkę ze szkolnych lat. Czasem zastanawiałyśmy się jak to będzie gdy świat wejdzie w nowy wiek i jak my będziemy wtedy wyglądały. Ten czas wydawał nam się tak odległy, że niemal nierealny. Przecież będziemy po czterdziestce!!! Stateczne matrony. Brzydkie i pomarszczone!!! Fuj!!! Lata minęły nadspodziewanie szybko. Joli omsknęło się parę lat i zadzwoniła do mnie tuż przed pięćdziesiątką. Nigdy nie przywiązywała wagi do drobiazgów a i tak zawsze wyglądała olśniewająco. Jak ona to robiła, czarownica jedna????

Propozycja była krótka i Jola zakomunikowała mi ją w sposób, który jasno dawał do zrozumienia, że jest nie do odrzucenia.

  • - Jedziesz z nami na nurkowanie do Egiptu.

  • - Kochanie, ja nie nurkuję. - Broniłam się dość słabo, bo w gruncie rzeczy zaciekawiła mnie ta propozycja.

  • - Nie szkodzi, ja też nie. Dotrzymasz mi towarzystwa.

Uff. Ulżyło mi. A już myślałam, że będę musiała walczyć o życie z żywiołem. Kocham wodę. To prawda, ale czy aż tak? Tego nie byłam pewna. Wychowałam się na jeziorach. Każde wakacje od najmłodszych lat spędzałam na Mazurach z powodu  wodniackiej pasji mojego ojca. Nie bałam się wody ale ograniczonej do wielkości maksymalnie jeziora Śniardwy. Gdy miałam 4 latka, Ojciec wrzucał mnie na środku jeziora w mini kapoczku. Piszczałam z radości, a moja mama ze strachu.

Na szczęście okazało się, że Joli głównie chodziło o towarzystwo podczas nurkowań jej męża, który właśnie robi kolejną specjalizację.

- Wiesz poopalamy się na pokładzie, powspominamy dawne dzieje, a w ogóle co u Ciebie?

Zgodziłam się bez wahania. Jola była moją najlepszą przyjaciółką i bardzo się ucieszyłam, że mnie odnalazła.

Była połowa stycznia. W Sharm El Sheikh o tej porze jest przyjemnie ciepło. Zupełnie jak w nasze  udane lato. Nawet wieczory są jak nasze. Lekko chłodne. Trzeba założyć jakiś polarek na grzbiet. Dzień krótki, jak to zimą na naszej półkuli ale za to lampa od wschodu do zachodu. Co za cudny kraj! Zimowa deprecha znika jak ręką odjął. Coraz bardziej mi się podobało. Euforia prawie sięgała zenitu gdy zostałam porażona informacją o zbiórce następnego dnia o 7.15 .

Co za pogańska godzina!!! Na urlopie nie ma takiej na zegarku, czy oni poszaleli!!!

Nawet Sławek zaprotestował. Wynegocjowaliśmy .... uwaga ....5 minut. To dlatego, że dzień jest krótki. Trzeba wszystkich zebrać po hotelach. Dostarczyć do portu, dopłynąć do miejsca nurkowego. Mieć czas na dwa nurkowania plus odpoczynek pomiędzy i wrócić za widoku do brzegu. Wszystko na ten temat. Nie ma o czym dyskutować.

O dziwo zwlekłam się z łóżka o 6.30, co mi się nie zdarzyło od, powiedzmy kilku lat i zdążyłam na zbiórkę. Nie mogłam przecież zawieźć Joluśki.

 

O tej godzinie było jeszcze dość rześko, ale morze było spokojne. Tylko lekka bryza i mała fala. Przewodnik grupy mimo wszystko zaproponował nam miejscowy specyfik przeciw chorobie morskiej. Odmówiłam dzielnie, czego później żałowałam. Pod koniec rejsu było mi trudno utrzymać żołądek w stałej pozycji.

Póki co było super. Dookoła woda, duużo wody. W oddali pomarańczowe skały brzegów Synaju i słońce, słońce i jeszcze raz słońce. Zajęłyśmy z Jolą strategiczne miejsce na górnym pokładzie skąd był dobry widok nie tylko w dal ale i na to, co działo się na rufie. Tam grupa nurkowa przygotowywała się do pierwszej wycieczki podwodnej.  Zapowiadał się leniwy, miły pierwszy dzień mojego urlopu. Zatarło się już nawet wspomnienie tej pogańskiej godziny pobudki. Słoneczko nas rozleniwiło. A towarzystwo grupy nurkowej było dla mnie laika nie mała atrakcją. Zaczęło się od odprawy przed pierwszym nurkiem. Przewodnikiem grupy okazał się najmłodszy wśród dorosłych, uczestnik wyprawy. No to chyba niemożliwe, pomyślałam. Wyglądał jakby niedawno zdał maturę. Ale gdy tylko się odezwał, szybko zmieniłam zdanie. To był dorosły facet, który wyraźnie wie co robi i czego oczekuje od grupy. Dowiedziałam się, że jestem w parku Narodowym Ras Mohammed. W życiu o nim nie słyszałam  więc przyjęłam jedyna słuszną w takiej sytuacji postawę żeby nie wyjść na totalną ignorantkę. Słuchałam zachłannie tego co opowiadał i pokazywał na mapce Tomek. Przedstawił nam krótką historię parku. Kiedy i dlaczego powstał, kto nim zarządza,  jaką ma powierzchnię i co można tam zobaczyć.  Potem zaczęła się krzątanina. Ubieranie, przygotowywanie sprzętu.

Fotografowałam ich jak  szalona. Wszystko było takie nowe, ciekawe, tyle dziwnych przyrządów zakładali na siebie. Dla mnie wyglądali jak UFO albo koledzy Jamesa Bond'a.  W  długich piankach i suchych skafandrach, kapturach, maskach, butach, płetwach w rozmiarze Kaczora Donalda Giganta, z butlami na plecach, niektórzy nawet z dwiema, z których wystawało po kilka różnych rurek. Na rękach mieli zegarki gigantycznych rozmiarów z wyraźnie za długimi paskami. O co tu chodzi? Przecież, to było modne gdzieś w latach 80-tych. Skakali do wody jedno za drugim. Tak, tak, były wśród nich też dziewczyny. To sugerowało, że może nurkowanie nie jest zastrzeżone wyłącznie dla mężczyzn jak na przykład górnictwo.  Gdy wszyscy się zanurzyli, odłożyłam aparat i z tym budującym odkryciem powróciłam na swój kocyk na górnym pokładzie. Słoneczko już nas nieźle rozgrzało gdy grupa wynurzyła się z morskiej toni.

 

- Anka, właściwie dlaczego miałabyś nie spróbować zanurkować. Wiesz, kto nie żyje na krawędzi ... ten zabiera za dużo miejsca.

Sławek wyraźnie chciał mi urozmaicić pobyt na statku, bo chyba nie miał  zamiaru pozbyć się mojego towarzystwa na zawsze. Wypadki nurkowe w końcu się zdarzają. Winny zwykle jest sam delikwent lub ślepy los, bo kto inny. NIE, Jola by mu tego nie wybaczyła.

Dalej wypadki potoczyły się same. Nie wiem kiedy zjawił się Tomek:

- Ania, to co ubieraj się. Idziemy do wody.

Miły, ciepły głos budził zaufanie. Czemu nie?!. Drugi raz nie zapyta. Zupełnie nie zdawałam sobie sprawy z tego co mnie czeka. A czekał mnie skok do wody w pełnym akwalungu!!! Tomek jednak wcześniej zapoznał mnie ze sprzętem, pokazał jak posługiwać się automatem do oddychania, jak wyrównywać ciśnienie w uszach i omówił podstawowe znaki, którymi mieliśmy się porozumiewać pod wodą. W pełnym skupieniu próbowałam wziąć pierwszy w życiu wdech z automatu. O dziwo, przez tą cienką rurkę szło nawet dość powietrza. Nie odpuszczam i z uwagą słuchałam dalszych instrukcji. Sławek dokumentował całą operację pstrykając zdjęcia moim aparatem. Zapełnił mi pierwszego dnia całą kartę 125 mb, która miała mi wystarczyć na cały urlop. Grupa wisiała na relingu górnego pokładu bacznie obserwując i komentując widowisko. Przejęta tym co robię, w ogóle ich nie widziałam. A szkoda, bo może łatwiej byłoby mi się zapaść pod wodę przynajmniej ze wstydu. Tomek ze stoickim spokojem, jakby był po kursie asertywności pomógł mi się ubrać i czekał aż mój poziom odwagi wzrośnie na tyle żebym mogła wskoczyć do wody. Jak dotychczas czułam się  komfortowo i całkowicie bezpiecznie. Nie zmieniło to jednak faktu, że gdy zaczęliśmy się zanurzać rozpaczliwie broniłam swojego życia!!! Nikt normalny kto wcześniej nie nurkował i nawet nie pływał z fajką nie da się dobrowolnie zanurzyć poniżej linii wody!!!!  Ratunku, co ja tu robię??? Sytuację uratował spokój i nadludzkie opanowanie Tomka. Wynegocjowałam dość nowatorski sposób zanurzenia, bardziej głową w dół, nie nogami i udało się.  Potem już poszło gładko. Moim jedynym zadaniem było... oddychać i od czasu do czasu wyrównać ciśnienie w uszach. Jak w samolocie. Resztą zajął się Tomek trzymając mnie cały czas za zawór butli. No może nie do końca zajął się wszystkim. Nie przewidział, że zechcę sprawdzić ilość powietrza w mojej masce. Fatalna pomyłka. Zwykle oddycham przecież przez  nos, z wyjątkiem rzadkich przypadków ostrej infekcji górnych dróg oddechowych, kiedy nos jest tak zatkany, że jedyną możliwością utrzymania się przy życiu jest oddech ustami. Nie pamiętam ta przypadłość dotknęła mnie ostatni raz więc już po pierwszej próbie wyrównania ciśnienia w uszach odruchowo złapałam oddech nosem.... krótki oczywiście  ze zrozumiałych względów. O rany, gdzie ten tlen ? Nade mną 5 metrów wody, trochę daleko! Jakoś głupio by było tak udusić się z 12 litrową butlą pełną powietrza na plecach. Instynkt samozachowawczy mam jednak silnie rozwinięty. A może to bardziej wrodzona inteligencja lub kobieca intuicja, nie wiem co bardziej zadziałało, grunt, że znalazłam źródełko powietrza i przeżyłam. Moje rozterki nie uszły jednak uwadze Tomka i wynurzyliśmy. OK.? Dobrze się czujesz? Chcesz spróbować jeszcze raz? Oczywiście. Teraz dopiero jest cool!!

 

Zrobiliśmy piękną wycieczkę nad rafą na głębokości około 5 metrów. Kolorowy świat podwodny, który widziałam dotychczas jedynie w telewizji roztaczał się wokół mnie. To było wspaniałe. Przepiękne ukwiały, koronkowe wzory koralowców, a między nimi ławice żółtych, pomarańczowych, pasiastych rybek.  Nie potrafiłam opisać wszystkiego co widziałam. Emocji było zbyt wiele. Wiem jedno. Kto raz tam był i widział na własne oczy ten magiczny  świat, na pewno zechce wrócić i najlepiej o własnych siłach. Któż nie stał godzinę przed witryną sklepu zoologicznego, oglądając duże akwarium ze słoną wodą. Takie akwarium to kropla w morzu tego co można zobaczyć nurkując.

Aktualności RSS

Ostatnie aktualności



 
Copyright © by Fundive Created by agencja reklamowa e-mouse